2026 rok w kulinariach - czy jesteśmy przesyceni kulinarnym spektaklem?
Pogadajmy o tym, co było, jest i będzie. To są moje rozkminy, wybrane obserwacje i wnioski.




W świecie, w którym social media potrafią wywindować jedną potrawę na szczyty popularności, a następnego dnia zapomnieć o niej albo wręcz pozostawić po niej niesmak (dubajska czekolada lol), myślę, że 2026 rok przyniesie coś innego.
Możliwe, że tym razem zerkniemy (w mniej perfomatywny sposób) w przeszłość, by lepiej zrozumieć przyszłość. Odejdziemy od krótkotrwałych ekscytacji, skupiając się na tym, co trwałe i wartościowe (oby).
Poza tym nie ukrywajmy – zaciskamy pasa, ale i wymagamy więcej.
Jak codzienność staje się rarytasem
Czy luksus musi błyszczeć? Już od dawna wiemy, obserwując świat mody czy z designu, że nie.
Cichy luksus (quiet luxury) to podejście polegające na wybieraniu rzeczy dobrych, nie krzykliwych. To spojrzenie, w którym zamiast plastikowego, chińskiego gadżetu wolimy porządny produkt, który posłuży długo, zamiast logotypów – jakość i docenienie rzemiosła.
Ten trend może znowu świetnie wpisać się w ekonomiczną rzeczywistość wielu ludzi w 2026 roku – jakość cenimy bardziej niż kiedykolwiek, przez nasze znowu ograniczone budżety.
Zamiast wydać fortunę na egzotyczne składniki, wybierać będziemy (już to w dużej mierze robimy) lokalne produkty, ale możliwie jak najlepszej jakości. Nie oznacza to wracania do jedzenia nudnego – raczej redefinicję luksusu. Trochę to smutne, że owoce i warzywa stają się dobrem luksusowym, ale na szczęście w Polsce jeszcze nie odkleiliśmy się pod tym względem jak np. Amerykanie. Wrzucę tutaj dygresję z wild wild west.
Dygresja:




Słyszeliście o Erewhon w Los Angeles czy nowojorskim Happier Grocer? To nie są zwykłe delikatesy. Formalnie sprzedawane tam są produkty spożywcze i wellness a absurdalnie wysokich cenach. W praktyce to obietnica lepszego życia. To świątynie dobrostanu. Przypominają bardziej galerie sztuki niż spożywczaki. Produkty mają tam rodowody, na boga.
A obsługa? Niemal terapeutyczna. Pytanie o mleko owsiane może przerodzić się w miniwykład o mikrobiomie.
Kiedyś luksusem był zegarek albo samochód. Dziś luksusem jest czas, zdrowie, spokój psychiczny i dostęp do jakościowego jedzenia. Erewhon jest więc nie tyle drogi, co selektywny. Filtruje tych, którzy mogą sobie pozwolić na taki styl życia, finansowo i mentalnie. Sklepy te nie rozwiązują problemów systemowych – raczej tworzą bezpieczną bańkę dla uprzywilejowanych.
Coraz więcej marek, także w Europie, próbuje kopiować ten model: mniej produktów, mniej promocji, więcej HISTORYJEK. Sklep jako doświadczenie, nie jako magazyn z produktami.
Dlaczego to działa na ludzi? Bo oferuje coś więcej niż produkt, oferuje tożsamość. W czasach recesji paradoks polega na tym, że najlepiej sprzedaje się nie to, co potrzebne, ale to, co daje poczucie sensu. A sens, jak się okazuje, potrafi być bardzo drogi – i bardzo pożądany. Erewhon i Happier Grocer sprzedają poczucie, że jesteś trendy, że dbasz o siebie MĄDRZE, i że należysz do wspólnoty ludzi świadomych.
To także odpowiedź na zmęczenie masowością. Supermarkety są tanie, ale bezosobowe. W 2026 roku konsument nie chce już wyglądać na bogatego – chce wyglądać na ogarniętego. Zdrowego. Świadomego. Spokojnego.
Dlatego marki wellness rosną nawet wtedy, gdy inne sektory hamują.
Drugą stroną medalu jest to, że spowolnienie gospodarcze zaostrza podziały konsumenckie. Sklepy takie jak Erewhon nie demokratyzują zdrowia – one je kuratorują dla wąskiej grupy. W 2026 roku widzimy więc wyraźnie dwa równoległe światy:
masowy rynek: tanio, funkcjonalnie, bez historii,
rynek premium: drogo, sensownie, z narracją i wspólnotą.
Takie sklepy premium nie konkurują z dyskontem, tylko realnie z terapią, wakacjami, czasem z lekarzem. W czasach recesji takie „usprawiedliwione wydatki” mają się zaskakująco dobrze.
U nas taki cichy luksus chcą interpretować wielkomiejskie restauracje zainspirowane skandynawskim minimalizmem. Niestety czasem prosta forma nie idzie w parze z oczekiwaną jakością produktów i jak dla mnie – przede wszystkim – z techniką wykonania. Proste i znane potrawy są najtrudniejsze do wykonania – bo przecież kanapkę z serem i masłem możemy sobie zrobić w domu, a jeśli ma nas oczarować w restauracji to naprawdę musi być wybitna (albo my skrajnie wygłodniali i z pełnym portfelem).



Babcia Core: nostalgia w nowoczesnej oprawie
BABCIA CORE (GRANDMACORE) to nostalgia w najlepszym, totalnie nie krzykliwym wydaniu. Talerzyki? My poprosimy półmiski, babciu!
To trend, który odwołuje się smaków dzieciństwa, przepisów wielopokoleniowych, potraw, które są po prostu pyszne. Babcia core nie próbuje kopiować przeszłości 1:1. Raczej bierze to, co sprawdzone, przyjemne i prostolinijne i prezentuje to w nowoczesnej formie, z lekkim twistem lub subtelnym ulepszeniem.
Świetnym przykładem jest restauracja Janka Paszkowskiego OMA, której babcina narracja przyciąga tłumy. Jedzenie jest zredefiniowane, pyszne, komfortowe i nostalgiczne! A do tego przystępne cenowo.
Nie chodzi o retro-parodię, tylko o podkręcenie klasyki z poszanowaniem jej esencji. Próbuję już dłuższego czasu myśleć w ten sposób w mojej serii Poliż Desery, gdzie odtwarzam po swojemu polskie klasyki. Możecie poznać moje wersje:
Trend ten może być odpowiedzią na kilka współczesnych potrzeb: potrzebę emocjonalnego komfortu (jedzenie, które przypomina dom, rodzinę, dzieciństwo, działa jak miękki koc w chłodny wieczór), poszukiwanie sensu i autentyczności (chcemy potraw, które są prawdziwe i mają historię), wartość ekonomiczna (proste składniki, mniej przetworzone procesy, lokalne zakupy).
Przykład? Kapusta, czyli królowa trendów 2026 według danych z Pinteresta — pojawia się w przeróżnych formach: od klasycznych kiszonek po nowoczesne dania inspirowane kuchniami świata. Kapusta pełni więc rolę doskonałego nośnika zarówno nostalgii, jak i nowych smaków.



Fermentacja: od słoja ogórasów do restauracji Michelin
Fermentacja już dawno przestała być ciekawostką lub tylko sposobem na przedłużenie trwałości. W 2026 roku fermentacja to pełnoprawny język kulinarny, tak jak przyprawy. Zyskuje ciągle na popularności jako metoda budowania głębokiego, złożonego smaku.
Fermentowane produkty, takie jak kapusta kiszona, kimchi, ale też kefir czy kombucha, wspierają zdrowie naszych jelit – co jest jednym z kluczowych trendów wellness ostatnich lat. Dzięki naturalnym probiotykom pomagają karmić i równoważyć mikrobiom (rodzina dobrych i nie za dobrych bakterii) jelitowy, co wspiera dobre samopoczucie, odporność i metabolizm.
Fermentacja pomaga również wydłużyć trwałość produktów, więc mniej marnujemy, a także przetwarzamy lokalne plony, nawet te, które mają krótszy okres przydatności.
Dzięki niej możemy wprowadzać do diety więcej warzyw i składników funkcjonalnych bez kosztownych sopli. Nie jest to więc trend dla snobów (choć oni oczywiście tez go łykają).


Mikrobiom: zdrowie od środka, od jelit ku świadomości
Kluczowym pojęciem w rozmowach o odżywianiu i wellbeingu stał się mikrobiom – społeczność mikroorganizmów, która zamieszkuje nasze jelita i ma wpływ na odporność, nastrój, metabolizm, trawienie, hormony.
Jedzenie od dawna nie jest tylko paliwem, ale także dialogiem z naszym organizmem. Produkty bogate w błonnik i probiotyki stają się coraz ważniejsze, bo to one karmią dobrą florę jelitową.
To ważna i zdrowa zmiana jakościowa w myśleniu o jedzeniu, bo w końcu nie chodzi tylko o poszczególne makroskładniki (BIAŁKO KUR&%), ale o wpływ na cały organizm.
Galaretka: zalicza wielki comeback
Nowe pokolenia odkrywają galaretkę jako deser z dużym potencjałem – jest tani i prosty w przygotowaniu, daje ogromne możliwości kreatywne: kolory, formy, dodatki, może być reinterpretowany od klasycznych smaków po nowoczesne połączenia owocowo-ziołowe.
To deser, który jest nostalgicznym mrugnięciem do lat minionych, nowoczesną kreatywną zabawą, ale i ekonomicznym rozwiązaniem, które daje dużo smaku za małe pieniądze. To swojego rodzaju platforma, która łączy w sobie przyjemność i kreatywność. I jest super satysfakcjonująca!
Mamy super polską, galaretkową twórczynię: @zastyga.


Polskie innowacje, które warto poznać
W Polsce działa grupa food startupów, które myślą w podobny sposób: jedzenie jako narzędzie zmiany, nie tylko produkt. Oto kilka inicjatyw, które naprawdę warto wspierać:
Rebread – drugie życie chleba
Rebread walczy z jednym z najbardziej absurdalnych problemów systemu żywnościowego: marnowaniem pieczywa. Startup przetwarza niesprzedany chleb w nowe produkty — m.in. napoje fermentowane, mąki czy inne składniki dla gastronomii. To przykład cyrkularnej gospodarki w praktyce.
Ecobean – kawa po kawie
Jeśli piliście dziś kawę, właśnie wytworzyliście odpad, który Ecobean uważa za surowiec. Startup zajmuje się przetwarzaniem fusów kawowych w nowe materiały i składniki – od kosmetyków po bioprodukty. To deep tech na styku jedzenia i przemysłu.
It’s Bean – jogurty roślinne
Roślinne jogurty na bazie strączków, bez zbędnych dodatków i z naciskiem na wartość odżywczą. It’s Bean celuje w konsumenta, który jest już zmęczony ultra-przetworzonym „fit foodem” i szuka prostych składów oraz białka z sensownych źródeł.
Zupy Mocy – komfort w słoiku
Zupy funkcjonalne, roślinne, oparte na konkretnych potrzebach: odporność, energia, regeneracja. Zupy Mocy idealnie wpisuje się w trend comfort food 2.0 — jedzenia, które nie tylko syci, ale też wspiera organizm i emocje. Ma więcej smaków niż znany MOG.
LokalnyRolnik – technologia dla relacji
To platforma łącząca konsumentów bezpośrednio z rolnikami i producentami. Bez pośredników, bez marketingowej zaloty. LokalnyRolnik nie sprzedaje „stylu życia”, tylko zaufanie i transparentność. Krótkie łańcuchy dostaw powinny stać się strategią bezpieczeństwa.
Foodsi – ratowanie jedzenia
Foodsi umożliwia kupowanie paczek niesprzedanego jedzenia z restauracji i sklepów po niższych cenach. To jedna z tych aplikacji, które normalizują niemarnowanie, zamiast je heroizować. Korzystam na codzień!
Prognozowanie trendów jest trochę wróżeniem z fusów. Ale pod sezonowym hype’em widać coś trwalszego.
Po pierwsze: jesteśmy zmęczeni spektaklem. Jedzeniem robionym pod algorytm, daniami krzyczącymi z ekranów, viralami powtarzanymi setki razy przez twórców. Coraz częściej chcemy jedzenia, które po prostu ma sens – smakuje, syci, działa na organizm, a nie tylko na feed (get it?).
Po drugie: ekonomia studzi emocje. Zaciskamy pasa, ale paradoksalnie zaczynamy wymagać więcej. Nie stać nas już na bylejakość. Dlatego zamiast egzotyki wybieramy kapustę, zamiast fajerwerków – fermentację, zamiast nowości – dobrze zrobioną klasykę.
Luksusem staje się codzienność.
A polskie startupy – i chwała im za to – zamiast sprzedawać marzenia w słoiku, coraz częściej biorą się za realne problemy: marnowanie jedzenia, dostęp do jakości, relacje z producentami.
Czy jesteśmy przesyceni kulinarnym show? Chyba tak. I to dobra wiadomość. Bo 2026 rok może być lekkim zwrotem w stronę normalności, mniej performatywnej.


Świetne wnioski wyciągnęłaś! Myślę, że prawidłowe i w sumie należałoby sobie takiej zmiany życzyć. Dla mnie odkryciem są galaretki - boskie!
Podoba mi się rebread, ciekawa inicjatywa. U siebie widzę powrót do zup i do mięsa.