"Wichrowe Wzgórza" – recenzja filmu + przepis na Walentynki, który jest bardziej hot niż ten film.
Czyli na gruszki gotowane w lekkim syropie z sosem czekoladowym na jogurcie z owsianą kruszonką.
Zacznę od tego, że ten film mi się podobał. To już pierwsza kontrowersja, bo jest jechany po całości przez krytyków. Wielu z nich nie zrozumiało, co autorka (i nie, nie Emily Brontë) miała na myśli. Ja oczekiwałam i obawiałam się ckliwego romansidła, ale na szczęście była to estetyczna uczta z historią o toksykach. Uff.
„Wichrowe Wzgórza” – i tak, cudzysłów tu jest bardzo istotny – to film jedynie inspirowany gotycką powieścią Emily Brontë pod tym samym tytułem, ale zdecydowanie NIE JEJ ADAPTACJĄ.
Dlatego książkary – łyknijcie coś na uspokojenie przed seansem, bo nie ma co strzępić nerwów na porównaniach.
Twórczyni filmu Emerald Fennell (znana m.in. z filmów „Obiecująca młoda kobieta” za który dostała Oscara oraz z „Saltburn”) podkreślała od początku – ten film jest jej nastoletnim wyobrażeniem Wichrowych Wzgórz, a nie wiernym odwzorowaniem książki, stąd cudzysłów w nazwie (serio). W jej głowie Heathcliff wyglądał jak Jacob Elordi, co oznacza, że bankowo nie czytała ze zrozumieniem.
Trailery, trasa promocyjna filmu i wypowiedz aktorów sugerowały, że będzie to hot, sexy i steamy romans dwójki pięknych ludzi (w rolach głównych Margot Robbie i Jacob Elordi do jasnej ciasnej), co rozjuszyło publikę jeszcze grubo przed premierą. Dla tych nieznających książki, ten film z premierą w Walentynki zwiastował super sexy seansik, a dla tych, którzy ją czytali – nieśmieszny żart z kultowej literatury.
Powieść Emily Bronte – wycofanej outsiderki z rozbuchaną wyobraźnią, krótkim lontem i niechęcią do norm społecznych – nie jest romantyczną historią. Jest opowieścią o różnicach klasowych, traumie przekazywanej pokoleniowo, złości i toksycznych relacjach. Całość jest brutalna, dosłowna i ostro porąbana. Niespecjalnie sexy.
Niefortunnie, hasłem marketingowym tego filmu było: „Inspired by the greatest love story of all time”, co wkurzyło wiele osób, a co najprawdopodobniej było rage baitem. Emerald lubi jak się o niej mówi – pozytywnie, ale i negatywnie. Ważny jest hałas.


O czym jest ten film?
Opowiada historię relacji Catherine Earnshaw i Heathcliffa na przełomie lat – od momentu, kiedy ojciec Cathy przyprowadził do domu chłopca–sierotę–sługę i postanowił dać mu dach nad głową. Cathy nazwała go Heathcliff. Jej ojciec nazwał go jej zwierzątkiem. To ważne podkreślenie ich różnicy klasowej, która spowodowała większość ich późniejszych problemów. Między dwójką dzieciaków powstała z czasem silna więź, połączyło ich wspólne rozrabianie, niepokorność i dzikość serc.
Byli bardzo do siebie podobni, w swoim mniemaniu. Najbardziej znany tekst z książki, który pojawił się też w filmie, to zdanie, które mówi Cathy: „I am Heathcliff”.
Sytuacja jednak nie pozwała im być razem, mimo, że się pożądali – Cathy pochodziła z podupadającego, niegdyś zamożnego domu (koniec końców jej stary alkus wszystko przepił i przegrał w karty), więc, aby ratować rodzinę (ale przede wszystkim siebie) wyszła za mąż za bogatego nowobogackiego sąsiada. Heathcliff się za to na nią śmiertelnie obraził (myślał, że wybierze jego, gołodupca) i zniknął na kilka lat.
W czasie jego nieobecności Cathy cierpiała po stracie swojego “zwierzątka” w swoim pałacu i dostatku, z kochającym mężem u boku. Tymczasem Heathcliff wrócił jako zamożny amant, chciał się na niej zemścić za to, że go nie wybrała i zaczął odpierdzielać chore maniany. To już musicie zobaczyć na własne oczy.
Żeby była jasność – jej też nie dało się lubić. Okropna typiara. Co zauważyłam – nie dało się lubić żadnej postaci z tego filmu, nikomu nie kibicowałam. I to mi się właśnie podobało, to było dobre odwzorowanie emocji z książki.
Wszystkie osoby, które płaczą na końcu tego filmu – zapraszam na terapię oraz na odsłuch podcastu „Moje przyjaciółki idiotki” Asi Okuniewskiej pt. „Typ TOKSYNA”.
Dla mnie ten film jest jak teledysk z lat 2000, nieco brudny, przegięty, cudownie anachroniczny (co jest oczywiście zarzutem krytyków), czasem powodujący prychnięci. Scenografia, tekstury, kolory i kostiumy zachwyciły mnie i zainspirowały.
Przyjemny dla oka, ale niekoniecznie dla intelektu. Trochę jak sen osoby z gorączką. Dość płytki, ale oglądałam go z przyjemnością! Myślę, warto się nim porozkoszować, a wysokie emocje zostawić na “Hamneta”.
PRZEPIS NA WALENTYNKI!
Nie obraź się, ale reszta przepisu jest tylko dla moich wspierających subskrybentów, dzięki którym powstaje mój newsletter. Jeśli chcesz dmuchnąć mi w skrzydła i mieć dostęp do przepisów na ponad 160 smakołyków, historii i porad - przejdź na płatną wersję Wypiekoterapii. Możesz wykupić dostęp na miesiąc lub na rok. Dziękuję!
Gruszki gotowane w lekkim syropie z sosem czekoladowym na jogurcie z owsianą kruszonką (2 porcje)
Gruszki w syropie
2 średnie, twarde gruszki (np. Konferencja)
1 l ulubionej herbaty – u mnie TAKA, jest wybitna!
2 łyżki cukru lub miodu
1 łyżeczka soku z cytryny
1 mandarynka przekrojona na pół
(opcjonalnie) mały kawałek kory cynamonu lub 1 goździk
+ 2 łyżki jogurtu naturalnego/skyru do podania
Owsiana kruszonka
3 łyżki płatków owsianych
1 łyżka masła
1 łyżka cukru brązowego lub miodu
szczypta soli
Sos czekoladowy
100 g czekolady (min. 60%)
60 g śmietanki 30% lub 36%
10 g masła
szczypta soli
Owsiana kruszonka
Na patelni rozpuść masło. Dodaj płatki owsiane, cukier i szczyptę soli. Praż na średnim ogniu 3–5 minut, aż kruszonka będzie złota i chrupiąca. Odstaw do ostygnięcia – po wystudzeniu jeszcze bardziej stwardnieje.
Gruszki
Gruszki obierz, przekrój na połówki i usuń gniazda nasienne (ogonek możesz zostawić dla efektu). W garnku zagotuj resztę składników. Włóż gruszki i gotuj na małym ogniu 10–15 minut, aż będą miękkie, ale nadal jędrne. Wyjmij gruszki, a syrop gotuj jeszcze 3–4 minuty, aby lekko się zredukował. Możesz go użyć do herbaty lub drinków.
Sos czekoladowy
Podgrzej śmietankę (nie doprowadzaj do wrzenia). Dodaj posiekaną czekoladę i mieszaj do rozpuszczenia. Na koniec dodaj masło i sól, aby sos był gładki i błyszczący.
Na talerzu rozsmaruj jogurt, ułóż na nim całą gruszkę. Polej ciepłym sosem czekoladowym. Posyp obficie dookoła owsianą kruszonką.









